Dlaczego Nie Realizujesz Swojego Życiowego Celu | Mniejsze Wyzwania Na Drodze Do Życia Swoim Życiem

Dzisiaj ciąg dalszy tematu transformacji jaka jest konieczna, żebyś mógł zacząć realizować swój życiowy cel. Opowiem o drobniejszych przeszkodach na drodze do życia swoim życiem.

W poprzednim filmie mówiliśmy o najważniejszych przeszkodach na drodze do transformacji czyli o ego i o dwóch typach niewygodnego komfortu. Dzisiaj czas na mniejsze trudności, przekonania, racjonalizacje, wymówki i wątpliwości, jakie często pojawiają się w procesie odkrywania i realizowania życiowego celu. Oczywiście to nie jest tak, że dzisiaj wyczerpiemy listę wszystkich możliwych trudności czy wyzwań, ale myślę, że z grubsza możemy przewidzieć najbardziej uniwersalne przeszkody. To jaki to będzie rodzaj przeszkód będzie zależało od tego jaką osobą jesteś, w jakim środowisku funkcjonujesz i od tego na jakim etapie drogi jesteś. Bo trochę inne wyzwania czekają Cię przed rozpoczęciem realizowania celu, inne w trakcie a inne wtedy kiedy jesteś już głęboko osadzony w kierunku jaki wybrałeś, pewny i przekonany o tym, że transformacja to była jednak dobra decyzja i zaczynasz widzieć pierwsze efekty. Myślę, że na początku, czyli przed rozpoczęciem realizowania życiowego celu, taką typową przeszkodą jest opór wewnętrzny i zewnętrzny, związany z brakiem przekonania, co do wartości życiowego celu jako takiego. Myślę, że na początku trudno może być zrozumieć dlaczego życiowy cel to jest coś wartego odkrywania, coś ważnego, realnego a nie jakaś mrzonka, egoizm albo wymysł dziecka, które naiwnie wierzy w to, że wszystkie marzenia się spełniają. Kiedy jesteś w trakcie, trudność mogą sprawiać wątpliwości czy to wszystko ma sens i czy się uda. Pojawia się lęk przed porażką, poczucie osamotnienia. To jest czasem trochę takie uczucie jakbyś był jedynym człowiekiem na ziemi, który zdecydował się na coś takiego. Oczywiście możesz czytać biografie wielkich ludzi, którzy mieli swój cel i pewnie znajdujesz w tych książkach jakąś inspirację, ale domyślam się, że Twoje otoczenie raczej nie składa się ze zbyt wielu takich osób dlatego czasem może być trudno  o wsparcie. Potem, po przejściu sporej części drogi do transformacji odkryjesz, że to poczucie osamotnienia czy Twoja wrażliwość na wpływy zewnętrzne będą dużo mniejsze. Lepiej też będziesz radził sobie z własnymi wątpliwościami. Na tym etapie ludzi dookoła Ciebie mogą Cię postrzegać trochę jak outsidera, inni będą projektować na Ciebie różne swoje wahania, wątpliwości i oceny, jeszcze inni będą traktowali Cię jak wzór do naśladowania i będą pytać, co takiego w Tobie jest innego i o co tu chodzi. Niektórzy będą chcieli gotową receptę od Ciebie, jakby to było coś, co można rozdawać jeżeli tylko się chce. Oczywiście żadna z tych rzeczy nie jest celem transformacji, nie o to tu myślę chodzi. Chcę powiedzieć, że każdy etap niesie ze sobą inne wyzwania, one zebrane razem są sporym obciążeniem. Ale tak właśnie widzę koszty tej transformacji, która ma przynieść wewnętrzną wolność i rzeczywiście tak się w jakimś stopniu dzieje, co nie znaczy, że to jest koniec, to jest raczej początek. No dobrze, to od początku – jakie są te istotne, chociaż trochę drobniejsze przeszkody na drodze do życia swoim życiem z jakimi pewnie przyjdzie Ci się zmierzyć?

  1. Po pierwsze – wpływy zewnętrzne. Rozejrzyj się dookoła, ile w swoim otoczeniu masz osób, które idą swoją drogą i żyją swoim życiem? A ile masz osób, które nie realizują żadnego życiowego celu? Zgaduję, że tych pierwszych za dużo nie ma. Za to tych drugich jest cała masa. Nawet nasi rodzice kierują nas w stronę tego typowego schematu życia bez prawdziwego celu życiowego. Oczywiście, robią to w dobrej wierze, chcą żebyśmy byli kimś w społeczeństwie, żebyśmy zajmowali dobre stanowiska, zarabiali dobre pieniądze i zmierzali do tego konkretną drogą. Kierują nas w konkretną stronę rzeczy, które są powszechnie cenione, ale nie zawsze to dobrze wychodzi. Patrząc na to, co jest ważne w naszym społeczeństwie, patrząc na to jak żyją inni ludzie dookoła nas, można dojść do wniosku, że tak ma być, bo przecież większość nie może się mylić. Ludziom przecież musi się ta strategia większości jakoś sprawdzać skoro tak żyją. Tak się może wydawać. I jeżeli jesteś osoba, która myśli o swoim życiowym celu i o tym, że to jest coś, co dobrze byłoby odkryć to już samo to stawia Cię w pozycji osoby należącej do zdecydowanej mniejszości. Jak popatrzysz na te proporcje to obraz jest jasny a obraz mówi więcej niż tysiąc słów. Więc jeżeli widzisz dookoła to co widzisz, to naprawdę czasem ciężko przekonać samego siebie, że być może to ta mniejszość ma rację. Tym bardziej, że tak jak mówiłam w pierwszym filmie o życiowym celu – świat nagminnie próbuje zrobić z nas kogoś kim nie jesteśmy i często się temu poddajemy. W dodatku od dziecka uczy się nas tego żeby czerpać wiedzę, wskazówki, rozwiązania i przewodnictwo z zewnątrz. To wszystko połączone w całość to jest pocałunek śmierci dla naszego życiowego celu. W takich warunkach może być ciężko przekonać się, że nie robi się niczego złego kiedy próbuje się iść swoją ścieżką. Zewnętrzne wpływy i bezkrytyczne uleganie im prowadzi nas w stronę rzeczy, które inni uważają za ważne chociaż dla nas niekoniecznie te rzeczy są rzeczywiście ważne. Przez to odczuwamy presję, naginamy się, żyjemy w konflikcie, ale można się wyłamać. Wystarczy kilka prostych pytań żeby przejrzeć przez tę całą maskaradę – Czy widzisz żeby większość ludzi była zadowolona ze swojego życia? Żeby czerpała satysfakcję z tego, co robi i jak żyje? Czy ta większość widzi jakiś sens w tym, co robi na co dzień poza powierzchownymi korzyściami? Co im te powierzchowne korzyści mają dać na poziomie wewnętrznym i czy to ma szansę spełnić ich oczekiwania? Rozejrzyj się dookoła i zastanów czy rzeczywiście większość ma rację.
  2. Kolejna przeszkoda ma związek z uleganiem zewnętrznym wpływom a chodzi mi o takie przekonanie, że marzenia i życiowy cel to jakieś idealistyczne brednie, że marzenia to mrzonka. Taką mantrą, którą słyszę często na potwierdzenie tego przekonania jest kolejne przekonanie – że marzenia nie płacą rachunków. Myślę, że ten tandem przekonań, zabił więcej marzeń już na starcie, niż strach przed porażką. Bo człowiek nawet się za to nie zabiera, od razu rezygnuje, usuwa w ogóle marzenia ze swojego horyzontu. Skąd to wiem? Bo kiedy po raz pierwszy podczas coachingu zadaję osobie z którą pracuję pytanie – O czym marzysz? To często odpowiada mi głucha cisza i trwa to przez dłuższą chwilę. Wmawia się nam, że marzenia są niepraktyczne, że liczą się tylko te rzeczy, które liczą się dla większości. Ważny jest szybki efekt, prestiż, użyteczność jest na topie – oczywiście rozumiana jako bycie użytecznym dla społeczeństwa według jego wizji użyteczności. Czyli najlepiej zrezygnować z marzeń artystycznych i zostać inżynierem na przykład. Chyba nie zliczę osób z którymi rozmawiałam i które zakopały swoje marzenia przez wiarę w to, że marzenia to brednie. Nie zliczę ile razy słyszałam – Magda, marzę o studiu nagrań, bo kocham muzykę, ale skończyłem budownictwo i tym się zajmuję, to jest coś praktycznego i dzięki temu zarabiam. Albo osoby, które mówiły, że lubią pisać, ale zajmują się sprzedażą na przykład. Nie twierdzę, że trzeba rzucić wszystko i podążać za marzeniami, ale przynajmniej spójrzmy prawdzie w oczy. Jako dzieci marzymy i to czasami naprawdę grubo marzymy. Ale rodzice nie zawsze traktują marzenia dzieci poważnie. Dzieci chcą być astronautami, weterynarzami, strażakami a nawet księżniczkami – to najlepsze marzenie jest😊. I rodzice czasem z politowaniem słuchają swoich dzieci i zamiast dopytać a czemu właśnie weterynarz, co Cię pociąga w tym, co Cię interesuje to mówią dzieciom, wyrośniesz z tego, to tylko jakieś fantazje, przyjdzie dorosłe życie to zobaczysz jak to jest. Mój apel do rodziców jest taki – nie róbcie tego. Rozmawiajcie z dziećmi o ich marzeniach i o swoich marzeniach, pytajcie je o to i sami zastanawiajcie się nad tym o czym marzycie. Dajcie im i sobie szanse zamarzyć a przez to być może spełnić swoje marzenia. Z tą przeszkodą wiąże się kolejne wyzwanie na drodze do życia swoim życiem.
  3. Chodzi mi o kult ciężkiej pracy. To jest ciekawa rzecz. Bo z jednej strony chcemy żeby życie było łatwiejsze z drugiej wierzymy, że nie jest łatwe i że trzeba się naharować, natyrać, namęczyć i natrudzić żeby to, co robimy miało jakąś wartość. Czyli żeby coś było cenne to musi być okupione krwią, potem i łzami jeszcze najlepiej. Za tym wszystkim jest jeszcze jedno ciekawe przekonanie, które mówi, że dzięki ciężkiej pracy dojdziemy do wszystkiego. Nawet jak krew się leje, nie znosimy tego, co robimy serdecznie to trzeba brnąć, bo ten nasz wysiłek w jakiś sposób uświęca tę pracę. Czyli broń boże nie chodzi o to żeby praca przychodziła nam naturalnie i była przyjemna. Ma być ciężko. I od razu chcę powiedzieć, że absolutnie nie podważam znaczenia pracy czy działania, ale te przekonania wywracają wszystko do góry nogami. Wierzymy, że wartościowe rzeczy nie mogą przychodzić łatwo. Tylko ciężka praca zasługuje naszym zdaniem na miano prawdziwej pracy. Dlatego się męczymy latami robiąc coś, co bardziej przypomina karę niż przyjemność. A to, co przynosi nam radość nie jest przez nas traktowane jak praca, bo coś za łatwo idzie. Myślimy sobie, że to nie tędy droga. A w przypadku odkrywania życiowego celu jak najbardziej tędy droga. Ale z takimi przekonaniami, jak za łatwo nam idzie to nasze dobre efekty wyglądają jak oszustwo a my jak lenie i na pewno nie ma czego świętować nawet jak idzie dobrze. Wskaźnikiem wartości pracy często jest to jak bardzo się w niej umordujemy a nie to, że wykonamy ją świetnie z poczuciem radości. Z tą radością też jest kłopot. Wszyscy dookoła harują a my wybieramy coś przyjemnego, ponad coś w naszych oczach wymagającego i śmiertelnie poważnego. Często słyszę od ludzi, że to, co chcieliby robić jest takie niepoważne, bo wiąże się z radością, ze śmiechem, jest w tym jakaś doza poczucia humoru. I niesamowite jest to, że można to uznać za coś niewłaściwego, ale tak bywa. Czymś, co jeszcze tutaj pogarsza sytuację jest to, że idąc tą ścieżką orki na ugorze nie będziemy swojej pracy wykonywać na najlepszym możliwym poziomie. I kiedy nie idzie nam za dobrze możemy na tej podstawie wyrobić sobie przekonanie, że sobie nie radzimy, że jesteśmy głupi, niekompetentni, ale prawda jest taka, że nie wkładamy serca w to, co robimy, bo to nas po prostu nie interesuje. I ani trochę mnie nie dziwi mnie to, że być może idzie nieźle, ale bez szału. Jest świetne powiedzenie, które dobrze pokazuje to o co mi chodzi – jeżeli będziesz mierzył wartość ryby na podstawie umiejętności wspinania się po drzewach to raczej nie uznasz, że to stworzenie jest ponadprzeciętnie utalentowane. I tak też jest w Twoim przypadku. Jeżeli robisz rzeczy, które Cię totalnie nie interesują, nie widzisz w nich sensu, nie pasują do Ciebie, korzystasz bardziej ze swoich słabych niż z mocnych stron to czego się spodziewasz? Jesteś taką rybą pod drzewem. Jeżeli tak się czujesz, to rozważ możliwość, że nie robisz tego, co przychodzi Ci naturalnie i zastanów się czy przypadkiem to nie wynika z tych przekonań o których już sobie powiedzieliśmy.
  4. To prowadzi mnie do kolejnego wyzwania o którym już trochę mówiłam a chodzi mi o zaufanie intuicji czy sercu. Tak jak mówiłam w filmie o życiowym celu – zaczyna się od tego żeby nadać prymat intuicji, sercu; ponad rozumem i racjonalnością. Ale w świetle trzech  poprzednich wyzwań to się wydaje jakieś science fiction. Bo w naszym świecie intuicja nie ma najlepszej prasy. Dla ludzi, którzy utknęli w oczekiwaniach innych i w swoich własnych przekonaniach zaufanie intuicji jest czymś porównywalnym do wiary w krasnoludki. Niektórzy do tego żeby zacząć ufać intuicji potrzebują naprawdę niemałych życiowych wstrząsów, dużego cierpienia, które gwałtownie wybija ich z racjonalnego myślenia, z pewnego schematu i zmusza do przewartościowania. Czyli stwarza na tyle niestabilne warunki, że to wszystko przestaje się mieścić w głowie. Wtedy człowiek myśli – dobra, raz kozie śmierć, dłużej tak być nie może. Wtedy jakoś łatwiej zaufać intuicji, bo w stabilnych warunkach trudno nam ufać czemuś czego kompletnie nie znamy. W dodatku nie wiemy skąd się to bierze, jakie ma intencje i skąd wie to co wie, ale jakoś wie. Oczywiście te wstrząsy nie są konieczne, możemy z własnej woli wybrać opcję transformacji do czego namawiam. Nie czekajmy aż nam się świat zawali żeby wreszcie zacząć żyć swoim życiem. Oczywiście, pozornie łatwiej jest wybrać ego, ale w takich warunkach trudno mówić o realizowaniu życiowego celu. Prymat ego oznacza, że będziemy mieć ciągle jakieś wątpliwości, które intuicja przecina poczuciem pełnej jasności i pewności. Bez dostępu do niej ciągle będziemy dręczeni jakimiś ograniczającymi przekonaniami, głosem wewnętrznym, który zamiast dodawać optymizmu i wiary będzie przeszkadzał, napełniał paraliżującym lękiem. Kiedy nadajesz prymat sercu czy intuicji to właściwie nie ma miejsca na wątpliwości, bo po prostu masz jasność, widzisz jaka jest prawda. Pozostaje tylko użyć rozumu żeby pójść swoją drogą i zacząć dostosowywać świat zewnętrzny  do wewnętrznego. Jeżeli chcesz usłyszeć głos intuicji uważaj na ciągłe rozpraszanie się, nie pozwalaj na to. Znajdź chwilę na refleksję. Pobądź sam. Prowadź dziennik. To czy realizujesz cele ego czy podszepty intuicji podpowie Ci cierpienie. Cierpienie jest jasnym sygnałem tego, że nie honorujesz prawdy, nie żyjesz swoim życiem tylko ulegasz krzykom ego.
  5. Z tego wynika nam kolejne wyzwanie czyli nasza naturalna niechęć do konfrontacji z bólem i trudnymi dla nas emocjami. Jeżeli przechodzisz w życiu przez kryzys egzystencjalny, gubisz poczucie sensu, gubisz kierunek, już sam nie wiesz, co masz robić, odczuwasz niepokój i lęk. Najgorszym, co możesz zrobić to sztucznie zmieniać swój stan, zagłuszać swój niepokój, uspokajać się na wszelkie sposoby albo dodawać sobie energii żeby jeszcze trochę dłużej wytrzymać. To wszystko, co czujesz to wskazówki, że coś tutaj nie pasuje. I kiedy zamiast skonfrontować się z tym wszystkim, szukasz ucieczki finalnie tylko powiększasz swoje cierpienie. Te emocje są dobre w tej sytuacji, udawanie, że ich nie ma, zagłuszanie ich nie jest rozwiązaniem. To, że zajmiesz sobie każdą wolną chwilę, to że będziesz medytował żeby się uspokoić, ćwiczył jogę, rzucał się w wir pracy, spotykał się ze znajomymi, uciekał w alkohol to nic nie zmieni. Akurat tutaj cierpienie jest dobre, bo prowadzi do podstawowych pytań pod warunkiem, że przestaniesz to wszystko zagłuszać. Chodzi tu o uczciwe przyjrzenie się informacji jaka kryje się za tym, co odczuwasz zamiast zamiatania spraw pod dywan. Może potrzebna będzie terapia, może coaching, może wystarczy pisanie dziennika, zastanowienie się nad tym i prosta decyzja. To zależy, ale ignorowanie informacji, których dostarcza Ci Twój własny ból nie jest drogą do poukładania swoich spraw.
  6. Kolejne wyzwanie, które widzę to czekanie na idealne warunki żeby móc zacząć budować swoje życie w oparciu o to, co naprawdę chcemy robić. Czyli układanie swoich spraw z unikaniem sedna, z unikaniem chwycenia byka za rogi. Wiele razy słyszałam zdania typu – jak zarobię milion to wtedy będę mogła robić wreszcie to, co chcę. Niektórzy wiedzą czym to coś czego chcą jest, inni liczą na to, że im się objawi jak już ten milion będzie. A czas sobie mija. I bywa, że ludzie robią coś czego nie znoszą, żeby potem wreszcie móc robić to co chcą, ale po tej całej ścieżce zdrowia nie mają już na to siły albo stwierdzają, że jest za późno. Czekają aż wszystko będzie perfekcyjne zanim zaczną. I życie schodzi im na przygotowaniu do życia. Zawsze się zastanawiam nad tym czemu nie miałbyś zarobić miliona na tym, co lubisz? Czy nie lepiej byłoby włożyć swój czas, swoją kreatywność, swoją pasję, swoje serce w coś takiego?  Oczywiście pasja i cel w życiu to nie muszą wcale być te same rzeczy, ale to jest jednak połączone. Dlatego świadomość tego, co jest nam bliskie i nie czekanie na idealne warunki, powolne wplatanie tego w życie uważam za kluczowe. I tu zaczyna się kłopot z niechęcią do straty i poczuciem bezpieczeństwa.
  7. Bo kolejna pułapka to kurczowe trzymanie się bezpiecznej przystani w obawie przed jakimkolwiek ryzykiem. Myślę, że często brak nam po prostu wizji. Niby wiemy, co mamy robić na co dzień żeby było w miarę dobrze, wiemy mniej więcej co trzeba zrobić żeby polepszyć swoją sytuację, ale nie ma w tym iskry, czegoś inspirującego, ryzykownego czasami. Ta iskra zgasła, gramy zachowawczo, bezpiecznie. Nigdy nie rzucamy z połowy boiska, zawsze staramy się dobiec pod kosz. Nie idziemy tam gdzie patrzymy tylko raczej patrzymy dokąd idziemy. Myślimy sobie – uważaj, uważaj, bo się potkniesz. Patrzymy pod nogi, ale nie w niebo. Jesteśmy głównie motywowani strachem a nie wizją, nic nas nie niesie, raczej jesteśmy ciągnięci. Dlatego takie ważne jest słuchanie intuicji, bo zupełnie inne życie nam z tego wyjdzie, będziesz patrzeć w niebo, czasami się będziesz potykać, ale też będziesz czuł, że żyjesz. Jak już opuścisz bezpieczną przystań, zamkniesz o oczy i pozwolisz się prowadzić to pojawi się kolejna pułapka.
  8. A kolejna pułapka to zbyt szybkie poddawanie się. I to mi przypomina dabblera z książki Mastery Georga Leonarda. Dabbler to jest ktoś, kto lubi zaczynać różne rzeczy – pracę, hobby, angażuje się z wielkim entuzjazmem, ale po tym początkowym etapie fascynacji rezygnuje. Nie jest w stanie wytrwać. Kiedy tylko jego początkowy postęp zwalnia, szybko się zniechęca. Nie  znosi nudy a przecież robienie różnych rzeczy regularnie to nie zawsze są fajerwerki. Dlatego dabbler nigdy nie osiąga w niczym mistrzostwa. Niestety albo stety, realizowanie życiowego celu wiąże się z tym, że nie zawsze odczuwa  się wielką ekscytację, czasem to jest dosyć nudne. Wiąże się z codzienną pracą, też z różnymi lękami i wątpliwościami, które się pojawiają po drodze. Dla dabblera to jest nie do zniesienia, bo on woli ciągle biegać za nowością. Myślę, że niewiele osób jest w stanie tolerować ten stan nudy. Tutaj potrzebna jest cierpliwość, a nie myślenie w stylu – dobra tam, nieważne. Nie idzie to rzucam to, bo to bez sensu. Jasne, są takie momenty kiedy możesz tak czuć i to jest część procesu a nie powód do rezygnacji. Oczywiście dobrze też wiedzieć kiedy warto dalej się angażować a kiedy warto zrezygnować. Ale jeżeli masz za sobą historię rezygnowania przy najmniejszej trudności, to może jednak zbyt szybko chcesz się teraz poddać? Zawsze będziesz miał większą kontrolę nad tym czy próbujesz i robisz coś dalej niż nad efektem i to jest Twoja strefa wpływu. Ale przed próbą może Cię powstrzymać jeszcze jedna wymówka z którą się spotykam wyjątkowo często.
  9. Kolejna przeszkoda to zdanie – już jest dla mnie za późno. Już się nie da nic zmienić, bo mam 50 lat i to koniec. Mam wszystko, jestem osadzony w życiu i nie chcę niczego zmieniać chociaż mam poczucie, że nie do końca jestem zadowolony, ale trudno to już się nie zmieni. To jest taka ciekawa mieszanka mentalności ofiary ze zgniłym komfortem i z przekonaniami w stylu –  w pewnym wieku pewnych rzeczy już się nie robi. Ale przecież nikt nie każe Ci rzucać wszystkiego jak stoisz, możesz powoli odkrywać swój życiowy cel i powolutku krok po kroku zacząć coś z tym robić. To, że nasze życie trwa określony czas i że jesteśmy na jakimś określonym etapie, wcale nie sprawia, że to wszystko już jest bez sensu, wręcz przeciwnie. Tak naprawdę codziennie wybierasz. To czy człowiek coś zrobi ze swoim potencjałem czy nie zależy od niego i decyduje o tym z chwili na chwilę. Zastanawiam się czy spojrzenie z perspektywy śmierci nie usunęłoby tej wymówki. Ostateczna perspektywa potrafi człowieka naprawdę otrzeźwić. Wystarczy parę prostych pytań. Czy gdybyś dzisiaj miał 100 lat i spojrzał na swoje życie z tej perspektywy to miałbyś poczucie, że Twoje życie miało sens? Jeżeli od dzisiaj do tej setki będziesz żył tak jak żyjesz, do tej pory, to będziesz miał poczucie sensu na końcu czy nie? Jeżeli nie, to co możesz zrobić inaczej od dzisiaj do tej setki, żeby to poczucie się pojawiło? Od czego byś zaczął? Ciekawe pytania.

Pewnie jest jeszcze masa przeszkód na drodze do realizacji życiowego celu. Na pewno masz swoje obserwacje. Może sam albo sama mierzysz się z jakimiś przeszkodami, jeżeli chcesz podziel się nimi w komentarzach, może ktoś zmaga się z czymś podobnym i będziecie sobie mogli nawzajem podpowiedzieć, wesprzeć się niezależnie od etapu. Sama też chętnie poczytam jak idzie:)

MAGDA ADAMCZYK

9 Komentarze

  1. Marta z Selfmastery pisze:

    Bardzo to mądre.Ja się szybko nudzę.Ja szukam nowych wyzwań .Niedojrzała emocjonalnie osoba.Mnostwo chaosu wewnętrznego.Mnostwo nipoukladanych spraw.

  2. Chlebik pisze:

    Trzeba jednakże odróżnić ciężką pracę jako wyróżnić ‚aksjologiczny’ dla naszych działań, a jej wartość (czy też nawet wymóg) dla coraz pełniejszego realizacji celu. Podam prosty przykład – weźmy tak prostą czynność jak bieganie. Ktoś w pierwszym rozumieniu będzie chodził biegać źle ubrany (za ciepło), z totalnie pustym żołądkiem i będzie narzucał sobie zbyt duże tempo. Wszystko po to by ‚ciężką pracą’ nadać wartość całemu procesowi. I to jest złe i niewskazane. Jednakże dla kogoś kto biega już długi okres czasu i realizuje się w przesuwaniu granic własnej wytrzymałości – ciężka praca (i to naprawdę czasem wręcz katorżnicza) jest niezbędna dla realizacji.

  3. Ewa pisze:

    Dzień dobry.

    Pani Magdo jestem pod wrażeniem Pani osoby i wiedzy. Pani wykłądy są świetne,pomocne i fachowe. jest Pani dla mnie wzorem i nadzieją,że mi też sie uda. Gratuluję i życzę powodzenia.

  4. Łukasz pisze:

    Jak przestać być Dabblerem?

  5. Monika pisze:

    Fantastyczny przekaz. Odkrywanie swojego życiowego celu a następnie dążenie do realizacji to również w moim przypadku proces. Brak wsparcia i zrozumienia przez bliskich do tej pory pojmowałam jako przeszkodę, podcinanie skrzydeł. Jednakże dojrzałam do momentu, kiedy ja stałam się dla siebie najważniejsza. Tylko wybierając ten kierunek, będę mogła wnieść coś dla świata. Pozdrawiam serdecznie 🙂

  6. Maniek pisze:

    Dzień dobry,
    Czy zrobi Pani odcinek dotyczący zdrad? W małżeństwie.
    Czy warto się rozejść, czy lepiej przeczekać?

  7. Dominika pisze:

    Ja się zastanawiam jak zmienić u siebie to, że stale wyznaczam sobie cele i zadania do realizowania. Stawiam sobie oczekiwania. W wiekszości je realizuję, ale zabiera mi to mnóstwo czasu, energii i „zmierzania się z tą gorą”. Tzn czasami mam taką energię, że dużo robię i skutecznie a potem siad i stagnacja.
    Do tego jak tylko nie spełnię swoich oczekiwań i warunków dzięki którym mogłabym być z siebie zadowolona to jestem na siebie zła, źle do siebie o sobie myślę i wtedy mam super możliwość by znów czuć się źle. Mam wrażenie, że nigdy nie nauczę się bezwarunkowo kochać i akceptować siebie bo po: 1) nie umiem, 2) boję się, 3) nie wiem jak to zrobić, 4) nie wiem czy poradziłabym sobie z takim stanem czy bym go przeżyła. Bo przecież trzeba się starać, wysilać ciężko pracować żeby zasługiwać na wewnętrzny spokój, akceptację siebie. Ciagle stawiam sobie warunki, których nie jestem w jakimś stopniu spełnić przez co odrzucam siebie i mogę daleć być smutna, niezadowolona. Jak to błędne koło rozwalić?

  8. Jola pisze:

    Myślę, że przeszkodą przed odkryciem życiowego celu jest, paradoksalnie, zadowolenie z życia, a może raczej – brak cierpienia, brak autorefleksji, że czegoś nam brakuje. Zdecydowana większość z nas, żyje jak żyje, i nie zastanawia się, czy to ich życie, czy realizują swój życiowy cel. A może nawet zapytają – po co mi jakiś życiowy cel? Wychowałam dzieci, miałam niezłą pracę, opiekuję się wnukami, to wszystko składa się na mój życiowy cel, czego mam jeszcze szukać. Może nie jest idealnie, ale nie jest też źle.
    Wyrażenie „życiowy cel” ma taki ciężar gatunkowy, że większość zapytanych o niego zaniemówi, część powoli zacznie coś kombinować, część puknie się w czoło i uzna takie pytanie za pozbawione sensu. Bo przecież można realizować swój życiowy cel… bezwiednie, można to robić i tak tego nie nazywać.
    Co jest „życiowym celem” matki opiekującej się niepełnosprawnym dzieckiem, rezygnującej z pracy, a często z życia prywatnego, poświęcając się tej opiece? Jeśli życiowy cel jest darem to trzeba przyznać, że ten dar jest specyficzny. Czy życiowy cel mamy ograniczyć wyłącznie do tego, co lubimy robić? Czy jest to również to, co musimy robić, ale robimy to … z miłości. Wiem, wiem, że matka opiekująca się niepełnosprawnym dzieckiem, może na przykład malować obrazy i mieć w ten sposób jakąś swoją odskocznię od codzienności, ale czy można by to malowanie nazwać „życiowym celem”? Nie sądzę.
    Myślę, że pytanie o cel życia zadają sobie ludzie, którzy cierpią, czują się nieszczęśliwi. Nie zawsze źródłem tego cierpienia jest brak celu, często źródło cierpienia jest tak głęboko ukryte, że szukanie (odkrywanie) życiowego celu może być jedynie takim ….bandażowaniem protezy nogi (?) ale może też stać się impulsem do poszukiwania … głębiej, czyli terapii.
    W każdym razie lepiej taki cel odkryć albo odkryć, że już się go realizuje, tylko tak się tego nie nazywa 😉 Pozdrawiam serdecznie. Jola.

  9. Ola pisze:

    Dzięki serdeczne.Jak zawsze świetny materiał:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *